Kradzież niemile widziana, czyli o zakazach

Szwajcarskie koleje planują wprowadzenie zakazu palenia na peronach – przeczytałam ostatnio w “Neue Zürcher Zeitung” i pomyślałam: Alleluja! Nareszcie! Lepiej późno, niż wcale. Zachodnia cywilizacja dotarła do Szwajcarii.

Kompletna samowolka palaczy dziwiła mnie, odkąd tu przyjechałam. Palić można właściwie wszędzie – rownież na przystankach autobusowych, peronach, halach dworców, czyli w tzw. miejscach publicznych, gdzie w Polsce i wielu innych krajach obowiązuje “zakaz palenia”. Przepisy pozwalają właścicielowi knajpy wydzielić w lokalu specjalną przestrzeń dla palaczy (dziękuję za info Auslanderce w Szwajcarii!), co w praktyce oznacza, że papierosowy dym i tak czuć wszędzie. Na walające się wszędzie pety narzekałam już nie raz na tych łamach, dlatego planowane ograniczenie na początku tak mnie ucieszyło. Dopóki temat nie pojawił się w rozmowie z kolegą-Szwajcarem (swoją drogą, palaczem).

Oburzony z zapałem bronił prawa do dymka, powołując się na wolność jednostki i prawo do decydowania o własnym zdrowiu i życiu, wytoczył ciężkie działa, padły różne -izmy, na czele z liberalizmem, na koniec przeklął państwo za wtrącanie się w życie obywateli i orzekł, że padł ostatni bastion wolności w Szwajcarii.

Tyle dymu o zakaz dymka na peronie? Cieszcie się, że możecie poleżeć sobie na trawce i wypić piwo w centrum miasta – pomyślałam, przypominając sobie obwarowane zakazami polskie skwerki. Bo gdy się nad tym głębiej zastanowić, szwajcarskie społeczeństwo ma dość sporą swobodę w przestrzeni publicznej. Palenie – wiadomo, ale również alkoholem można się raczyć w parkach, na skwerkach, nad jeziorem, w pociągu, autobusie, na ulicy – właściwie wszędzie tam, gdzie nie jest wyraźnie powiedziane, że nie wolno. Trawniki są po to, żeby na nich siedzieć, leżeć, piknikować, a nie po to, żeby ładnie wyglądały. Psy mogą biegać bez smyczy, poza kilkoma wyjątkami, jak np. cmentarze czy tereny gospodarstw rolnych, gdzie mogłyby przestraszyć krówki. A jak zauważył niemiecki komik Kayah Yanar w jednym ze swoich genialnych skeczów, nawet kradzież w Szwajcarii nie jest zabroniona (niem. verboten), ale niemile widziana (niem. nicht erwünscht).

Dotyczy to też poważniejszych spraw. Dlaczego dyskusja o zakazie noszenia burki przez muzułmanki, która przetoczyła się przez całą Europę, w Szwajcarii skończyła się, zanim jeszcze na dobre się zaczęła?

Szwajcarzy boją się zakazów. Ale kochają porządek i święty spokój. Dlatego obywatelom, którym wolno palić na dworcach i pić na ulicach, zabrania się odkurzania w mieszkaniu codziennie pomiędzy godz. 12 i 13 i koszenia przydomowego trawnika po godz. 18. Czyli inaczej niż to było w historii o “Pawle i Gawle”, wolnoć Tomku, ale nie w swoim domku.

Muszę przyznać, że to poszanowanie przestrzeni prywatnej z jednoczesnym uwolnieniem przestrzeni publicznej (mam wrażenie, że w Polsce jest dokładnie na odwrót) bardzo mi się w Szwajcarii podoba. Dlatego, choć cieszę się, że być może niedługo nie będę musiała wdychać dymu z papierosa czekając na pociąg, to rozumiem protesty palaczy i ich obawy o ograniczenie swobody. I sama zaczynam się trochę martwić. Bo co, jeśli to jest początek zabraniania? Nie chcę tu tabliczek “nie deptać trawnika”, nie chcę zakazu pływania w jeziorze w centrum Zurychu, nie chcę czuć się jak przestępca, otwierając piwo w pociągu. Szwajcario, nie idź tą drogą!

Advertisements

Czy Szwajcaria to kraj ksenofobów?

96972A49-8C90-4E77-8C0B-3110B3396B84

Fot. tagesanzeiger.ch

Na początek dwie scenki rodzajowe.

Sytuacja nr 1 – zawodowa. Sklep z winem. Wchodzi pani, na oko po 60-tce, w futrze, starannym makijażu, z drogą torebką. Uśmiecha się do mnie od progu. Witam ją serdecznie moim niemieckim z akcentem. Mina jej wyraźnie rzednie, bez silenia się na dyskrecję spogląda na moją przypinkę z nazwiskiem. Krzywi się. “Czy mogłabym rozmawiać z kimś, kto mówi po szwajcarsku?”.

Sytuacja nr 2 – prywatna. Impreza. Sami Szwajcarzy (nie wszyscy 100-procentowi) i ja. Pijemy piwo, jest wesoło. Kolega wznosi toast, stukają kufle, pada szwajcarskie “Prost”. Po chwili ten sam kolega zaprasza do kolejnego toastu.. ale tym razem tylko Szwajcarów. Ja, ta bez czerwonego paszportu, przyglądam się i już nie jest mi do śmiechu.

Przesadzasz, jesteś przewrażliwiona, uprzedzona, albo po prostu masz pecha, trafiasz na niedobrych ludzi – mówi mój mąż. Szwajcar.

Czyżby? Co trzeci Szwajcar przyznaje, że przeszkadzają mu ludzie o innej narodowości, wyznaniu, kolorze skóry, posługujący się obcym językiem czy prowadzący nieosiadły tryb życia. To opublikowane właśnie wyniki ogólnokrajowego badania przeprowadzanego przez Szwajcarski Urząd Statystyczny.

Jak to możliwe, że w kraju z niemal najwyższym w Europie odsetkiem przyjezdnych, panuje taka niechęć do obcych? W kraju, gdzie 35 procent mieszkańców ma obce pochodzenie, a w miastach, jak Genewa czy Bazylea – rodzice co drugiej osoby to imigranci. W ubiegłym roku po raz pierwszy więcej dzieci urodzili tu obcokrajowcy niż Szwajcarzy. Postęp deszwajcaryzacji jest nieubłagany i za jakiś czas autochtoni znajdą się w mniejszości. Ksenofobia to lęk przed obcymi. Szwajcarska ksenofobia to prawdopodobnie lęk przed tym, że obcy zagarną nam nasz kraj. Kraj, który swój dobrobyt w dużej mierze zbudował na pracy emigrantów. Jak to możliwe, że to właśnie oni czują się tutaj często jak intruzi?

InterNations, organizacja zrzeszająca ekspatów na całym świecie, opublikowała niedawno raport, z którego wynika, że największym wyzwaniem na szwajcarskiej emigracji są właśnie sami Szwajcarzy, których ankietowani obcokrajowcy – głównie pracownicy międzynarodowych korporacji – nazwali dosłownie “unwelcoming”. Zdystansowany, trudny w kontaktach, stawiający bariery, choćby w postaci niezrozumiałego dialektu – taki jest Szwajcar w oczach obcych. Diccon Bewes, Anglik mieszkający na stałe w Bernie, autor książki “Swiss Watching”, porównał Szwajcarów do orzechów kokosowych. Trudno dostać się do środka.

Ostatecznym dowodem szwajcarskiej ksenofobii były wyniki referendum, przeprowadzonego w lutym 2014 roku. Jak pewnie pamiętacie, ponad połowa obywateli kupiła populistyczne hasełka prawicowej partii SVP i powiedziała “stop” imigracji. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby kolejnym pomysłem Christopha Blochera i jego wesołej drużyny było postawienie muru na granicy, podobnie, jak marzy się pewnemu znacznie potężniejszemu politykowi.

Może w takim razie coś jest na rzeczy i nie mam paranoi za każdym razem, kiedy kolejna miła z pozoru pani usztywnia się na dźwięk mojego akcentu. Albo kiedy słyszę wypowiadane z wyższością: bo u nas w Szwajcarii robimy to tak i tak.

Jak żyć, kiedy jest się obcym w kraju ksenfobów? Ja póki co walczę – zwracam uwagę, nie zgadzam się, tłumaczę, dyskutuję, a kiedy nie da się inaczej – po prostu wychodzę. Ale może jedyna właściwa droga to nauczyć się odpuszczać?

Brzydsza strona Szwajcarii: o śmieciach

Za każdym razem, kiedy słyszę: Szwajcaria, ooo tam jest tak czysto!, ogarnia mnie pusty śmiech. Fakt, wszyscy tu mają fioła na punkcie segregacji śmieci – rozbierają na czynniki pierwsze nawet kubeczek po jogurcie. Kontenerów na poszczególne odpadki są tysiące, a śmieci można wyrzucać jedynie w oznaczonych przez daną gminę workach, za które oczywiście trzeba płacić, więc każdy stara się je przed wyrzuceniem wypełnić tak, aż pękają w szwach. Gorzej, kiedy na obiad jest akurat mięso albo ryba, a śmierdzących odpadków trzeba się pozbyć od razu. Wtedy konspiracyjnie wrzuca się je do najbliższego śmietnika na przystanku autobusowym i po sprawie.

Najgorsze jednak zaczyna się latem. Wtedy wszyscy wylegają do parków, na zieloną trawkę, nad rzekę. Grillowanie to narodowy sport Szwajcarów. Rozpalają ogniska, pieką bratwursty i cervele, jedzą, piją.. a potem idą do domu i zostawiają wszystko, co zostało tam, gdzie siedzieli. Tak, takie rzeczy w Szwajcarii. Nieważne, że śmietnik jest w pobliżu, a dla wyjątkowo leniwych pracownicy gminy poprzywiązywali worki na śmieci do drzew. Nie działa.. Mieszkam nad rzeką i po każdym weekendzie widzę tam jeden wielki śmietnik – resztki jedzenia, opakowania po najróżniejszych rzeczach, jednorazowe grille, butelki po winie i wódce, puszki po piwie, papier toaletowy, pieluchy (!).. i pety, pety, pety, ale o ich wszechobecności pisałam tutaj już nie raz. Żeby nie było, że przesadzam – to tylko kilka zdjęć z mojego poniedziałkowego spaceru z psem..

 

Szwajcarzy twierdzą, że śmiecą przyjezdni. I fakt, akurat nad moją rzeką balują głównie imigranci, oni też – być może kultywując zwyczaje z miejsc pochodzenia – wyrzucają codziennie na trawnik jedzenie, które potem pochłania na spacerach mój pies (damn!). Ale, ale.. nie raz widziałam już szwajcarskich chłopców wtykających puszkę po piwie w żywopłot albo wyrzucających papierek po lodzie tak po prostu na chodnik. Nie ma więc co całej winy zrzucać na “obcych”. Swoją drogą ten szwajcarski syf to była dla mnie jedna z największych niespodzianek po przyjeździe tutaj. Czy opowieści o czystej Szwajcarii można włożyć między bajki?

 

Szwajcaria – tu się oddycha! Pamiętacie tę scenę z Vabank II? Rzeczywiście, mierniki jakości powietrza pokazują, że jest tu lepiej, niż w innych krajach w Europie, choć to nie znaczy, że jest dobrze. Europejska Agencja Środowiska EEA szacuje, że każdego roku 5 tys. osób mieszkających w Szwajcarii umiera z powodu chorób wywołanych właśnie zanieczyszczonym powietrzem i to plasuje kraj mniej więcej w połowie europejskiej tabeli. – Co Wy wiecie o smogu? – uśmiechną się pewnie teraz mieszkańcy Krakowa czy Warszawy. Fakt, ogólnie nie ma co narzekać, ale są miasta, jak np. Genewa, gdzie zanieczyszczenie powietrza przekracza sezonowo wyznaczone przez WHO normy bezpieczeństwa, a zimą tego roku we włoskim kantonie Ticino z powodu wysokiego stężenia toksycznego smogu w powietrzu zakazano ruchu niektórym pojazdom z silnikiem diesla. Czyste alpejskie powietrze to, jak się okazuje, również mit.

Reputacji kraju broni chyba tylko woda, która jest wymieniana jako jedna z najczystszych na świecie. Tutaj pewnie też dałoby się do czegoś przyczepić.. ;) ale.. wodę można spokojnie pić z kranu, oszczędzając na butelkowanej, kąpiele w rzekach i jeziorach również jak najbardziej, bez ryzyka gronkowców i innych świństw. Swoją drogą Szwajcaria zrobiła ogromną robotę, zważywszy na to, że jeszcze w latach 80. XX wieku pływanie z Renie było zabronione ze względów higienicznych.

Na koniec – dobre przykłady. W tegorocznym referendum Szwajcarzy opowiedzieli się za wdrożeniem Energetycznej Strategii 2050, której kluczowe założenia mówią o ograniczeniu produkcji energii atomowej na rzecz rozwoju odnawialnych źródeł energii (ma na to iść 480 mln franków rocznie). Oprócz tego, celem jest też ograniczenie zużycia energii przez gospodarstwa domowe o 43 procent do 2035 roku (w odniesieniu do roku 2000).

Robicie zakupy w Coopie? Największa sieć szwajcarskich marketów ogłosiła niedawno, że do 2023 roku chce ograniczyć do zera emisję CO2, m.in. poprzez budowę energooszczędnych sklepów, wymianę systemów chłodniczych i użycie technologii LED do oświetlania budynków. Trzymam kciuki! :D

CO2-neutral-vision-logo-600x337-2-2

 

 

 

To nie jest kraj dla pracujących kobiet

Szwajcarki wychodzą na ulicę. Są wkurzone. Wydawałoby się, że w kraju, który przoduje w rankingach dobrobytu i szczęśliwości, niczego nie może im brakować.. A jednak. O tym, że szwajcarskie kobiety jako jedne z ostatnich na świecie uzyskały prawa wyborcze (w 1971 r., a w niektórych kantonach dopiero w.. 1991!)  przeczytamy w każdej książce do WOSu (swoją drogą jest jeszcze taki przedmiot w szkołach??). Okazuje się, że konsekwencje długotrwałej dyskryminacji Szwajcarki odczuwają do dziś, głównie na rynku pracy.

Pytanie, czy aby na pewno jest to dyskryminacja, czy po prostu zakonserwowany model społeczeństwa, w którym kobieta zajmuje się domem, a mężczyzna zarabia pieniądze. Czy Szwajcarki to jego ofiary czy beneficjentki? Bo jeśli nie robią zbyt wiele, żeby ten stan rzeczy zmienić, to może tak im się podoba? A może próbują, tylko mało kogo to obchodzi. Przecież są ważniejsze “męskie” tematy: energia atomowa, azylanci, umowy bilateralne z UE..

Nie jest łatwo jednoznacznie ocenić pozycję kobiet w helweckim społeczeństwie. Znam Szwajcarki, które pracują i takie, które zajmują się domem, i raczej to te pierwsze zazdroszczą drugim. Dlatego 8 marca, w Międzynarodowy Dzień Kobiet, oddaję głos Królowej Statystyce.

Kobiety w Szwajcarii zarabiają o 20 proc. mniej niż mężczyźni na porównywalnych stanowiskach. 

Tak wynika z opublikowanych niedawno danych Eurostatu. Średnio w Europie tzw. gender gap w zarobkach wynosi 16,4 proc. Przekładając to na język konkretów. Przeciętna Szwajcarka pracuje “za darmo” od połowy października każdego roku (gdyby przez resztę roku jej wynagrodzenie było równe pensji kolegów z pracy). Co ciekawe, sytuacja szwajcarskich kobiet jest pod tym względem o wiele gorsza niż Polek, którym wypłaty zabrakłoby na ostatnie 15 dni w roku.

Organizatorki marszu kobiet w Genewie nawołują, żeby koleżanki, które zazwyczaj pracują do godz. 17 wyszły dzisiaj z pracy o godz. 15.20 i w ten sposób zaprotestowały przeciwko różnicy w zarobkach.

Na szwajcarskich uniwersytetach brakuje kobiet 

Choć Szwajcaria wygrywa we wszystkich możliwych rankingach dobrobytu, mierzonego wysokością dochodu narodowego na mieszkańca, to jeśli chodzi o równość płci, ciągnie się w ogonie świata razem z takimi krajami jak Turcja czy Korea Południowa. Głównym wskaźnikiem, który spycha Szwajcarię na koniec lokaty, jest niewielki odsetek kobiet z wyższym wykształceniem. W Europie regułą jest to, że na uniwersytetach kobiety przewyższają liczebnością mężczyzn (średnio o ponad 4 proc., w Finlandii aż o 13 proc.). Ale nie w Szwajcarii. Tutaj na wyższych uczelniach pań jest aż o 12,5 proc. mniej niż panów. Dlaczego? Sporo wyjaśnia..

Państwo socjalne wcale nie znaczy prorodzinne 

..kolejny punkt, a mianowicie koszty opieki nad dziećmi. W Szwajcarii pochłaniają one ponad 40 proc. średniego wynagrodzenia (gorzej w Europie jest tylko na Wyspach). Żłobki, przedszkola, prywatne opiekunki są tak drogie, że wielu kobietom ostatecznie najbardziej opłaca się zostać w domu. Fakt, rodzina z dziećmi płaci płaci niższe podatki, otrzymuje też zasiłek (nie żeby kokosy, ok. 200 fr. na dziecko), jednak to wszystko nie wystarcza, aby matka mogła pracować na cały etat. Dlatego..

Matki-Szwajcarki siedzą w domach 

..wiele matek pracuje na część etatu, często tylko raz-dwa razy w tygodniu. Szwajcarski rynek pracy jest bardzo elastyczny i daje dużo możliwości pracy w niepełnym wymiarze godzin. Dziwnym trafem, korzystają z tego głównie kobiety. Tu znowu przywołam statystki, według których niepełnowymiarowo pracuje aż 8 na 10 szwajcarskich matek, z czego połowa poniżej 50 proc. etatu. Ma to poważne konsekwencje, m.in. w postaci..

Szwajcarki otrzymują o wiele niższe emerytury niż Szwajcarzy 

..niskich emerytur. Średnio kobiety otrzymują o 37 proc. niższe świadczenie niż mężczyźni. Wiele tych, które nigdy nie pracowały, albo pracowały tylko na część etatu, żyje poniżej minimum egzystencji, określanej w Szwajcarii na 3100 franków miesięcznie. Takie są przykre konsekwencje wciąż pokutującego w Szwajcarii tradycyjnego podziału ról genderowych.

Na koniec, żeby nie było, że Szwajcaria to kraj bankowców i kur domowych.. Szwajcarki licznie reprezentują swój kraj w parlamencie: zajmują jedną trzecią politycznych stanowisk (lepiej jest tylko w krajach skandynawskich). Większy niż europejska średnia jest też w Szwajcarii procent kobiet na kierowniczych na stanowiskach. I co najważniejsze, liczba kobiet-menedżerek z roku na rok się zwiększa.

Girl Power! 👊👊🏻👊🏽👊🏿

 

37ad26df9f303d58426279c75280604286d283a5ef0305ee9f523c42b48925ee

Marsz kobiet w Genewie. Styczeń 2017. Źródło: The Local

Ucieczka z raju, czyli gdzie emigrują Szwajcarzy

Od dawna naczelnym tematem w szwajcarskich mediach jest to, kto do kraju “napływa” i w jakiej liczbie (albo, jak lubią niektórzy dziennikarze, ilości). Niemal codziennie atakują nas niusy, że już jedna trzecia mieszkańców ma imigranckie korzenie, że z roku na rok “obcych” jest coraz więcej, że w szpitalach co drugi niemowlak ma na imię Amar, że biednym Szwajcarom – my, ekspaci, migranci, azylanci – zabieramy pracę, narzucamy zwyczaje i zmieniamy kulturę.

“Pani mąż to Szwajcar? Ale taki 100-procentowy? Niemożliwe..” – usłyszałam od rekruterki podczas jednej z rozmów o pracę. Tak, “prawdziwego” Szwajcara niedługo będzie można spotkać jedynie w muzeum.. Jakie szczęście, że mam w domu taki eksponat ;P

Nie wiem, czy to inwazja “obcych” powoduje, że Szwajcarzy z bólem serca porzucają swoją krainę mlekiem i miodem płynącą, ale faktem jest, że robią to coraz częściej. Statystyki, opublikowane właśnie przez szwajcarskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, mówią, że już 760 tys. posiadaczy szwajcarskiego paszportu wybrało do życia inny kraj. To rekordowa liczba, która oznacza, że ze Szwajcarii emigrowało ok. 11 proc. mieszkańców. Sporo, jak na społeczeństwo, które uważa swój kraj za najlepszy na świecie.

Decyzja o emigracji na pewno nie jest dla Szwajcara łatwa. No bo jak tu wybrać miejsce, które pozwoli cieszyć się podobnym dobrobytem? Nie dziwi, że na pierwszym miejscu Szwajcarzy przeprowadzają się do sąsiadów  – Francji, Niemiec i Włoch. Ze względu na odległość, język i podobną kulturę. Kolejne kierunki w Europie to Hiszpania i Wielka Brytania. Poza Europą najbardziej popularna jest Azja – Bangkok, Hong Kong, Manila i Singapur, potem Kanada i Stany Zjednoczone. Sporo Helwetów mieszka też w Australii i Nowej Zelandii.

Trudno powiedzieć, czy to potrzeba zmiany, strach przed obcymi czy inne powody, skłaniają Szwajcarów do emigracji (na pewno nie jest to wyjazd “za chlebem”). Być może kierunki dobierane są pod względem dostępności sera.. Czy Szwajcarzy mają dosyć własnej ojczyzny? Nie czują się u siebie jak w domu?

Mam swoją teorię, że to prawicowi radykałowie swoimi kampaniami, zamiast – tak, jak chcieli – wypędzić migrantów, wykurzają z kraju Szwajcarów? :) Brawo SVP!