Powroty

topelement-2

Hala przylotów lotniska w Zurychu (a dokładnie w Kloten) Fot. zuonline.ch

Nie ma nic gorszego niż powroty z podróży. Zwłaszcza, kiedy wraca się do kraju emigracji.

Niby są tutaj moje książki, pies, kanapa, knajpa z ulubioną kawą, znajomi.. tylko czy to wystarczy, żeby po kilku tygodniach nieobecności poczuć się jak w domu?

Życie na emigracji to cały słownik nienazwanych emocji. Choćby właśnie to dziwne poczucie rozdwojenia, kiedy tu – w kraju zamieszkania – nie czujesz się u siebie, a tam – w kraju ojczystym – też jakby już nie do końca. Uczucie, które nasila się, kiedy inni wracają z podróży do domu, a ty po prostu wracasz. Uczucie stare jak sama emigracja, ale dla każdego nowe, kiedy odkrywa je w swojej codzienności.

Welcome home – powitali nas w sobotę na lotnisku w Zurychu. Te dwa słowa uruchomiły lawinę myśli, które nie dają mi spokoju. Potęgowane jetlagiem emocje wzięły górę i stąd ten tekst. Trochę nie na temat, bo to w końcu blog o Szwajcarii, a nie o moich migracyjnych medytacjach. Założę się jednak, że sporo z Was, bez względu na to, czy jest tutaj kilka czy kilkanaście lat, czuje podobnie.

Najprostszą definicję domu proponują – na nich zawsze można liczyć – urzędnicy. Dom, czyli w języku biurokracji centrum interesów życiowych, to miejsce, w którym przebywamy dłużej niż 183 dni w roku. W zeszłym roku aż 94 dni spędziłam poza Szwajcarią, ale według prostej urzędniczej matematyki, mój dom wciąż był tutaj. Czy to cokolwiek zmienia? Chyba tylko dla podatnika.

Kiedy rozmawiam ze znajomymi, którzy wyjechali, rzadko zdarza się, żeby ktoś z nich z pełnym przekonaniem nazywał kraj emigracji domem. Niektórzy twierdzą, że u siebie czują się tylko w kraju ojczystym, dla innych tradycyjne pojęcie domu właściwie przestało istnieć. Dla jednych dom to praca, inni utożsamiają go z rodziną, przyjaciółmi, czterema ścianami, za które trzeba spłacić kredyt.

Nie zrozumcie mnie źle – migracyjne poczucie braku przynależności to wcale nie musi być negatywny stan. Dobrze rozegrane pozwala stworzyć osobiste, intymne wręcz definicje, które dzielimy z ludźmi o podobnych doświadczeniach. Łącznik pomiędzy wszystkimi, którzy, bez względu na przyczyny, zdecydowali się na życie poza miejscem nazywanym ojczyzną. Jest i druga strona tego medalu – brak zrozumienia przez tych, którzy migracyjnych doświadczeń nie mają, przejawiający się we współczuciu, nietrafionych pytaniach, pobłażliwych uśmiechach czy ironicznych komentarzach. I ta bezsilność, kiedy tłumaczenie właściwie nie ma sensu. Bo niektóre rzeczy są w stanie pojąć tylko ci, którzy wyjechali.

Pozostaje też kwestia samej definicji domu i tego, jak różne procesy społeczne, takie jak właśnie migracje, ją przekształcają. Czy dom się zastaje, czy tworzy? Czy jest to konkretne miejsce, które da się wyznaczyć za pomocą współrzędnych geograficznych czy raczej idea, coś, co funkcjonuje w naszych głowach, więc może znajdować się właściwie wszędzie? Czy to coś wspólnego dla wszystkich czy innego dla każdego z osobna? Czy da się domu nie mieć i być spełnioną osobą? Pewnie powstał na ten temat już nie jeden doktorat na socjologii.

Jak Wy radzicie sobie z poczuciem “udomowienia” lub jego brakiem i niewygodnymi pytaniami w stylu “czy już czujesz się tam jak u siebie?”? Jakie emocje towarzyszą Wam na hali przylotów? Czy Szwajcaria jest Waszym domem? A może to wciąż Polska? Chyba, że macie tak, jak w piosence – “I’ve got no roots”?

Przy okazji.. polecam dokument o polskich emigrantach na Islandii – piękna rzecz! Może warto by było stworzyć coś podobnego i o nas?

Advertisements