Brzydsza strona Szwajcarii: o śmieciach

Za każdym razem, kiedy słyszę: Szwajcaria, ooo tam jest tak czysto!, ogarnia mnie pusty śmiech. Fakt, wszyscy tu mają fioła na punkcie segregacji śmieci – rozbierają na czynniki pierwsze nawet kubeczek po jogurcie. Kontenerów na poszczególne odpadki są tysiące, a śmieci można wyrzucać jedynie w oznaczonych przez daną gminę workach, za które oczywiście trzeba płacić, więc każdy stara się je przed wyrzuceniem wypełnić tak, aż pękają w szwach. Gorzej, kiedy na obiad jest akurat mięso albo ryba, a śmierdzących odpadków trzeba się pozbyć od razu. Wtedy konspiracyjnie wrzuca się je do najbliższego śmietnika na przystanku autobusowym i po sprawie.

Najgorsze jednak zaczyna się latem. Wtedy wszyscy wylegają do parków, na zieloną trawkę, nad rzekę. Grillowanie to narodowy sport Szwajcarów. Rozpalają ogniska, pieką bratwursty i cervele, jedzą, piją.. a potem idą do domu i zostawiają wszystko, co zostało tam, gdzie siedzieli. Tak, takie rzeczy w Szwajcarii. Nieważne, że śmietnik jest w pobliżu, a dla wyjątkowo leniwych pracownicy gminy poprzywiązywali worki na śmieci do drzew. Nie działa.. Mieszkam nad rzeką i po każdym weekendzie widzę tam jeden wielki śmietnik – resztki jedzenia, opakowania po najróżniejszych rzeczach, jednorazowe grille, butelki po winie i wódce, puszki po piwie, papier toaletowy, pieluchy (!).. i pety, pety, pety, ale o ich wszechobecności pisałam tutaj już nie raz. Żeby nie było, że przesadzam – to tylko kilka zdjęć z mojego poniedziałkowego spaceru z psem..

 

Szwajcarzy twierdzą, że śmiecą przyjezdni. I fakt, akurat nad moją rzeką balują głównie imigranci, oni też – być może kultywując zwyczaje z miejsc pochodzenia – wyrzucają codziennie na trawnik jedzenie, które potem pochłania na spacerach mój pies (damn!). Ale, ale.. nie raz widziałam już szwajcarskich chłopców wtykających puszkę po piwie w żywopłot albo wyrzucających papierek po lodzie tak po prostu na chodnik. Nie ma więc co całej winy zrzucać na “obcych”. Swoją drogą ten szwajcarski syf to była dla mnie jedna z największych niespodzianek po przyjeździe tutaj. Czy opowieści o czystej Szwajcarii można włożyć między bajki?

 

Szwajcaria – tu się oddycha! Pamiętacie tę scenę z Vabank II? Rzeczywiście, mierniki jakości powietrza pokazują, że jest tu lepiej, niż w innych krajach w Europie, choć to nie znaczy, że jest dobrze. Europejska Agencja Środowiska EEA szacuje, że każdego roku 5 tys. osób mieszkających w Szwajcarii umiera z powodu chorób wywołanych właśnie zanieczyszczonym powietrzem i to plasuje kraj mniej więcej w połowie europejskiej tabeli. – Co Wy wiecie o smogu? – uśmiechną się pewnie teraz mieszkańcy Krakowa czy Warszawy. Fakt, ogólnie nie ma co narzekać, ale są miasta, jak np. Genewa, gdzie zanieczyszczenie powietrza przekracza sezonowo wyznaczone przez WHO normy bezpieczeństwa, a zimą tego roku we włoskim kantonie Ticino z powodu wysokiego stężenia toksycznego smogu w powietrzu zakazano ruchu niektórym pojazdom z silnikiem diesla. Czyste alpejskie powietrze to, jak się okazuje, również mit.

Reputacji kraju broni chyba tylko woda, która jest wymieniana jako jedna z najczystszych na świecie. Tutaj pewnie też dałoby się do czegoś przyczepić.. ;) ale.. wodę można spokojnie pić z kranu, oszczędzając na butelkowanej, kąpiele w rzekach i jeziorach również jak najbardziej, bez ryzyka gronkowców i innych świństw. Swoją drogą Szwajcaria zrobiła ogromną robotę, zważywszy na to, że jeszcze w latach 80. XX wieku pływanie z Renie było zabronione ze względów higienicznych.

Na koniec – dobre przykłady. W tegorocznym referendum Szwajcarzy opowiedzieli się za wdrożeniem Energetycznej Strategii 2050, której kluczowe założenia mówią o ograniczeniu produkcji energii atomowej na rzecz rozwoju odnawialnych źródeł energii (ma na to iść 480 mln franków rocznie). Oprócz tego, celem jest też ograniczenie zużycia energii przez gospodarstwa domowe o 43 procent do 2035 roku (w odniesieniu do roku 2000).

Robicie zakupy w Coopie? Największa sieć szwajcarskich marketów ogłosiła niedawno, że do 2023 roku chce ograniczyć do zera emisję CO2, m.in. poprzez budowę energooszczędnych sklepów, wymianę systemów chłodniczych i użycie technologii LED do oświetlania budynków. Trzymam kciuki! :D

CO2-neutral-vision-logo-600x337-2-2

 

 

 

Advertisements

Ucieczka z raju, czyli gdzie emigrują Szwajcarzy

Od dawna naczelnym tematem w szwajcarskich mediach jest to, kto do kraju “napływa” i w jakiej liczbie (albo, jak lubią niektórzy dziennikarze, ilości). Niemal codziennie atakują nas niusy, że już jedna trzecia mieszkańców ma imigranckie korzenie, że z roku na rok “obcych” jest coraz więcej, że w szpitalach co drugi niemowlak ma na imię Amar, że biednym Szwajcarom – my, ekspaci, migranci, azylanci – zabieramy pracę, narzucamy zwyczaje i zmieniamy kulturę.

“Pani mąż to Szwajcar? Ale taki 100-procentowy? Niemożliwe..” – usłyszałam od rekruterki podczas jednej z rozmów o pracę. Tak, “prawdziwego” Szwajcara niedługo będzie można spotkać jedynie w muzeum.. Jakie szczęście, że mam w domu taki eksponat ;P

Nie wiem, czy to inwazja “obcych” powoduje, że Szwajcarzy z bólem serca porzucają swoją krainę mlekiem i miodem płynącą, ale faktem jest, że robią to coraz częściej. Statystyki, opublikowane właśnie przez szwajcarskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, mówią, że już 760 tys. posiadaczy szwajcarskiego paszportu wybrało do życia inny kraj. To rekordowa liczba, która oznacza, że ze Szwajcarii emigrowało ok. 11 proc. mieszkańców. Sporo, jak na społeczeństwo, które uważa swój kraj za najlepszy na świecie.

Decyzja o emigracji na pewno nie jest dla Szwajcara łatwa. No bo jak tu wybrać miejsce, które pozwoli cieszyć się podobnym dobrobytem? Nie dziwi, że na pierwszym miejscu Szwajcarzy przeprowadzają się do sąsiadów  – Francji, Niemiec i Włoch. Ze względu na odległość, język i podobną kulturę. Kolejne kierunki w Europie to Hiszpania i Wielka Brytania. Poza Europą najbardziej popularna jest Azja – Bangkok, Hong Kong, Manila i Singapur, potem Kanada i Stany Zjednoczone. Sporo Helwetów mieszka też w Australii i Nowej Zelandii.

Trudno powiedzieć, czy to potrzeba zmiany, strach przed obcymi czy inne powody, skłaniają Szwajcarów do emigracji (na pewno nie jest to wyjazd “za chlebem”). Być może kierunki dobierane są pod względem dostępności sera.. Czy Szwajcarzy mają dosyć własnej ojczyzny? Nie czują się u siebie jak w domu?

Mam swoją teorię, że to prawicowi radykałowie swoimi kampaniami, zamiast – tak, jak chcieli – wypędzić migrantów, wykurzają z kraju Szwajcarów? :) Brawo SVP!

 

 

 

 

Czy praca w Szwajcarii jest święta?

Początek maja to dobry czas, aby poruszyć temat pracy, praw pracowniczych, warunków zatrudnienia i wynagrodzenia – to kwestie, o których żywo dyskutuje się także w Szwajcarii. Okazuje się, że również tu pracownicy bywają wyzyskiwani i oszukiwani. Niestety dotyczy to najczęściej obcokrajowców.

W Zurychu odbyło się wczoraj kilka demonstracji z okazji Święta Pracy. Postulaty, tj. wprowadzenie ustawowej płacy minimalnej i wzmocnienie systemu ubezpieczeń społecznych to nie propaganda garstki lewaków, ale coś, o co walczą pracownicy wielu grup zawodowych w kraju.

Zaczął się sezon emigracji zarobkowych i dostaję od Was sporo pytań m.in. o to, czy aby szukać pracy w Szwajcarii konieczne jest pozwolenie, na co zwracać uwagę podpisując umowę o  pracę, ile zarabiają Szwajcarzy i czy pracodawca ma prawo zapłacić mniej Polakowi tylko dlatego, że jest Polakiem i w końcu – jak walczyć z nieuczciwymi pracodawcami?

Zapytałam o to Adama Rogalewskiego, który jest przedstawicielem polskich pracowników w UNII, największym szwajcarskim związku zawodowym. Mam nadzieję, że ta rozmowa pomoże przynajmniej niektórym z Was sprawniej poruszać się po szwajcarskim rynku pracy. Uczcie się o swoich prawach i nie dajcie się oszukać!

2015_09_22_EESC membersunia

 

Agnieszka Kamińska: Szwajcaria stoi otworem dla Polaków, a mimo to nie widzimy dużego zainteresowania tym rynkiem. Z czego to wynika?

Adam Rogalewski: Szwajcaria nigdy nie była tradycyjnym kierunkiem polskiej emigracji. Panuje przeświadczenie, że to wymagający rynek, gdzie trudno o pracę i to jest prawda. Wielu Polaków nie wie, że od 2011 r. nie potrzebne jest uzyskanie pozwolenia o pracę, żeby móc zatrudnić się w Szwajcarii. Co więcej, przez trzy miesiące możemy tu poszukiwać zatrudnienia nie musząc nawet rejestrować pobytu. Później natomiast, w zależności od tego, jaką umowę o pracę podpiszemy, przysługują nam różne rodzaje pozwolenia na pobyt: L na rok lub B na pięć lat. Druga sprawa to przegłosowany w 2014 r. w referendum postulat ograniczenia napływu obcokrajowców. Tu jednak żadne prawo nie weszło jeszcze w życie, więc szwajcarski rynek wciąż jest dla nas otwarty.

AK: Czy jeśli chodzi o warunki pracy, Szwajcaria to raj dla Polaków?

AR: Tam, gdzie obowiązują tzw. układy zbiorowe pracy, a jest tak w większości branż zdominowanych przez obcokrajowców, warunki są bardzo dobre. Oprócz wysokiego wynagrodzenia, pracownicy mają pełną ochronę socjalną i dodatki np. w postaci trzynastej pensji. Ale są sektory, gdzie nie jest tak dobrze. Największym problemem jest rolnictwo, gdzie pracuje też dużo Polaków. Mimo że istnieją pewne rekomendacje, dotyczące zarobków i warunków pracy w tym sektorze, bardzo trudno go kontrolować i pracownicy są tam często wykorzystywani. Drugą grupą osób narażonych na wykorzystywanie są opiekunki zatrudniane przez rodziny , gdzie również często dochodzi do nadużyć, zwłaszcza jeśli chodzi o czas pracy.

AK: Z jakimi problemami borykają się polscy pracownicy?

AR: Najwięcej problemów pojawia się wśród pracowników delegowanych. Przykładowo, polska firma wysyła pracownika do Szwajcarii, a przy wypłacie okazuje się, że pieniądze się nie zgadzają. Czasem wynika to z niedopatrzenia, bo relacje między podwykonawcami bywają skomplikowane i polski pracodawca może sam nie wiedzieć, ile wypłaty powienien naliczyć, a czasem jest to po prostu oszustwo. Bywa, że Polacy się na to godzą, bo choć zarabiają mniej niż Szwajcarzy, dla nich to i tak dużo. Pamiętajmy, że bez względu na to skąd pochodzimy, pracując w Szwajcarii przysługuje nam szwajcarskie wynagrodzenie, nawet jeśli zostaliśmy oddelegowani tu przez polską firmę. Płacenie mniej to tzw. dumping, który jest nielegalny. Płaca nie jest tajemnicą, w każdej chwili możemy zapytać pracodawcę, ile zarabia Szwajcar, który z nami pracuje. Również na stronie GAV-Service dostępna jest tabela wynagrodzeń, gdzie każdy może sprawdzić, ile powinien zarabiać minimalnie, w zależności od zawodu, wykształcenia, wieku, doświadczenia. Ogólna zasada jest taka, że minimalne wynagrodzenie nie powinno być niższe niż 50 proc. płacy średniej, która w Szwajcarii wynosi obecnie ok. 6,8 tys. franków brutto.

AK: Głośna była sprawa polskich pracowników wykorzystywanych przy budowie dworca w Zurychu. Czy takich historii jest więcej?

AR: Polscy gipserzy, którzy budowali hotel w Davos byli zmuszani do samozatrudnienia, nie byli opłacani przez trzy miesiące, głodowali, rodzina wysyłała im paczki z Polski. Jeden z nich przypłacił to zdrowiem, wylądował w szwajcarskim szpitalu, po czym dostał rachunek opiewający na 12 tys. franków. Była też głośna sprawa przy budowie targów w Bazylei, gdzie firma z Polski zatrudniała 50-letnich pracowników jako praktykantów. Znam przypadek polskiej opiekunki osób starszych, która była zmuszana do pracy 31 nocy z rzędu bez przerwy, ponieważ nie miała nikogo na zastępstwo. Dobrą wiadomością jest to, że wkrótce – prawdopodobnie już od maja – opiekunki zatrudnione przez firmy zostaną objęte układem zbiorowym pracy dla pracowników agencyjnych i będzie można łatwiej kontrolować ich wynagrodzenie, a dodatkowo będą uprawnione do trzynastej pensji oraz dodatkowych płatnych dni wolnych na edukację w miejscu pracy.

AK: Co zrobić, kiedy zorientujemy się, że zarabiamy za mało?

AR: Polscy obywatele często stają przed wyborem: albo będę się godził na wykorzystywanie i zamiast 30franków za godzinę dostanę 15, albo będę się sądził o odszkodowanie, ale nie wiadomo, czy później znajdę zatrudnienie. Przede wszystkim radziłbym zrobić wszystko, aby do takiej sytuacji nie dopuścić. Po pierwsze, nie przyjeżdżajmy do pracy w Szwajcarii w ciemno z nastawieniem „na pewno coś znajdę”, zwłaszcza, jeśli nie mamy oszczędności, żeby przez kilka miesięcy się tu utrzymać. Znacznie lepiej jest skorzystać z usług profesjonalnych, sprawdzonych agencji pracy. Po drugie, jeśli już mamy pracę zadbajmy o to, aby podstawowe warunki, w tym wynagrodzenie były przedstawione w formie pisemnej, najlepiej w języku, który rozumiemy. Warto się też upomnieć o tzw. Lohnabrechnung, czyli comiesięczny odcinek wypłaty, na którym widzimy, na co dokładnie idą odprowadzane z naszego wynagrodzenia składki. Każdy pracownik powinien też samodzielnie notować swoje godziny pracy, żeby w ewentualnej konfrontacji z pracodawcą dysponować wiarygodnymi danymi. Jeżeli już dojdzie do najgorszego, mamy prawo pozwać nieuczciwego pracodawcę, ale pamiętajmy, że takie sprawy potrafią ciągnąć się latami i w dodatku wymagają sprawnego posługiwania się językiem obcym, dlatego o wiele korzystniej jest, aby naszych interesów broniły związki zawodowe.

AK: Które w Szwajcarii są bardzo silne..

AR: W Szwajcarii co czwarta pracująca osoba należy do związku zawodowego. Polacy często mają złe mniemanie o związkach, uważają je za upolitycznione, natomiast w Europie Zachodniej pełnią one bardzo ważną rolę w społeczeństwie i warto być ich częścią. UNIA, czyli największy związek zawodowy w Szwajcarii, zrzesza ok. dwieście tysięcy pracowników sektora prywatnego: Szwajcarów i obcokrajowców. Podlegają nam m.in. osoby pracujące w branży budowlanej, przemyśle, hotelarstwie, handlu, a także pielęgniarki, opiekunki, sprzątaczki oraz wszyscy zatrudnieni przez agencje pracy tymczasowej. Średnio do UNI co miesiąc przystępuje ok. 10 osób, a według najnowszych danych mamy ok. 1-1,1 tys. polskich członków.

AK: Co daje przynależność do UNI?

AR: W większości branż pracownicy i tak odprowadzają część wynagrodzenia na układ zbiorowy pracy, a w praktyce nic z tego nie mają. Jeśli j zapiszą się do UNII, my zwracamy część tej składki, a korzyści z przynależności do związku są zdecydowanie większe. Unia gwarantuje przede wszystkim pomoc prawną w sprawach związanych z prawem pracy, migracyjnym, podatkowym. Tym ubezpieczeniem objęta jest każda osoba, która należy do Unii od co najmniej trzech miesięcy. W 2013 r. wywalczyliśmy ponad milion franków odszkodowania dla polskich pracowników w Szwajcarii. Ponadto oferujemy tłumaczenia dokumentów oraz tysiąc franków rocznie na szkolenia zawodowe czy językowe. Pamiętajmy też, że w krajach, gdzie jest silne uzwiązkowienie, ludzie zarabiają więcej, więc warto jest wspierać związki. Ważna jest też funkcja integracyjna. Jesli ktoś chce zostać tu na stałe i stać się częścią szwajcarskiego społeczeństwa, musi wstąpić do jakiejś organizacji, a najlepszą jest związek zawodowy, który umożliwia też kontakty społeczne i obywatelską aktywność. Mając wsparcie związku, nie będziesz w swoich sprawach sam, co na emigracji jest szczególnie ważne.

Więcej o UNII: http://www.unia.ch

Info w jęz. polskim: http://www.unia.ch/de/arbeitswelt/von-a-z/migrantinnen/polnische-infos/

Kontakt do polskich przedstawicieli w UNII:

Adam Rogalewski (Zurych) 00 41 79 535 74 10

Artur Bienko (Genewa) 00 41 79 652 9937

Czy się stoi, czy się leży..

2,5 tys. franków miesięcznie od rządu dla każdego dorosłego obywatela – to pomysł, o którym obecnie głośno w Szwajcarii. Ponieważ sprawa wzbudza zainteresowanie w Europie, a przekazy medialne pełne są nieścisłości i błędów, publikuję rozszerzony i uzupełniony o aktualne informacje przedruk z magazynu “Praca za granicą”, gdzie w styczniu ukazał się mój artykuł na ten temat.

Koncepcja tzw. bezwarunkowego dochodu gwarantowanego (basic income guarantee, Grundeinkommen) mocno przypomina socjalistyczną utopię i choć wiele krajów testowało już tego typu rozwiązania, jeszcze żaden nie odważył się w pełni i na stałe wcielić ich w życie. W Szwajcarii z kontrowersyjną inicjatywą wyszła grupa niezależnych działaczy społecznych, którym udało się zebrać ponad 100 tys. podpisów pod projektem ustawy i tym samym doprowadzić do ogólnokrajowego głosowania w tej sprawie. Według najnowszych informacji, referendum ma odbyć się 5 czerwca 2016 roku.

O co chodzi?

Autorzy inicjatywy chcą, aby każda osoba mieszkająca w Szwajcarii, bez względu na to czy pracuje, czy nie, miała zapewniony comiesięczny stały dochód. Proponowane kwota to 2,5 tys. franków szwajcarskich (ok. 10 tys. zł), tyle bowiem, zdaniem pomysłodawców rozwiązania, zapewni przeciętnemu Szwajcarowi zaspokojenie minimum życiowych potrzeb. Dochód gwarantowany mieliby otrzymywać nie tylko obywatele Szwajcarii, ale również legalnie przebywający w kraju obcokrajowcy, choć tu autorzy inicjatywy zastrzegają sobie możliwość pewnych ograniczeń. Stały dochód powinien dotyczyć też dzieci i w tym przypadku proponowana kwota to 625 franków miesięcznie.

Po co bogatym Szwajcarom pieniądze od państwa?

Zwolennikom idei zależy przede wszystkim na zmniejszeniu ubóstwa (tak, takie zjawisko w Szwajcarii występuje) i zapewnieniu godnego życia osobom nieaktywnym na rynku pracy (np. kobietom wychowującym dzieci albo opiekującym się starszymi członkami rodziny). Chodzi także o ujednolicenie systemu świadczeń społecznych. Jeśli dochód gwarantowany wejdzie w życie, zastąpi dotychczasowe wypłaty m.in. dla bezrobotnych czy dodatki na dzieci.

Wbrew temu, co piszą niektóre media, osoba pracująca w Szwajcarii nie otrzyma dodatkowego miesięcznego prezentu w postaci 2,5 tys. CHF. Chodzi raczej o inne rozłożenie akcentów w wypłacie wynagrodzenia. Przykładowo, osoba pracująca w sektorze prywatnym, która obecnie zarabia 3 tys. franków, po wejściu w życie dochodu gwarantowanego, otrzymywałaby 2,5 tys. franków od państwa, a resztę, czyli tylko 500 franków stanowiłoby jej wynagrodzenie od pracodawcy. Jak tłumaczą autorzy inicjatywy, odciążony w ten sposób przez państwo pracodawca byłby gotowy podwyższyć płace swoim pracownikom, z korzyścią dla obu stron. Dlatego dochód gwarantowany ma w założeniu poprawić również sytuację osób pracujących, zwłaszcza dla tych, którzy obecnie zarabiają najmniej.

Skąd wziąć na to pieniądze?

Problem pojawia się gdy zaczniemy liczyć koszty takiego rozwiązania. Szacuje się, że zagwarantowanie stałego dochodu każdemu obywatelowi kosztowałoby Szwajcarię ok. 200 mld franków rocznie. To równowartość niemal jednej trzeciej szwajcarskiego PKB. Inicjatorzy referendum chcą, aby pieniądze na ten cel pochodzić głównie z nałożonego na pracodawców nowego podatku. Do państwowej kasy miałaby trafiać równowartość 50 proc. kwoty wynagrodzenia pracownika (zgodnie z naszym przykładem byłoby to 250 franków). Na wypłatę dochodu gwarantowanego przeznaczonoby również fundusze ze składek na ubezpieczenia społeczne (m.in. AHV – odpowiednik polskiego ZUS).

Co na to gospodarka?

Koncepcja dochodu gwarantowanego budzi w Szwajcarii kontrowersje. Jej przeciwnicy uważają, że jest zabójcza dla gospodarki, ponieważ zachęci niektórych obecnie pracujących do pozostania w domu. Z kolei z przeprowadzonego przez zwolenników koncepcji sondażu wynika, że tylko 2 proc. ankietowanych rzuciłoby pracę w zamian za gwarantowane 2,5 tys. CHF miesięcznie. Helweci boją się też, że bezwarunkowe świadczenie będzie dodatkowym magnesem dla imigrantów, którzy już teraz w Szwajcarii stanowią jedną czwartą populacji. Póki co nie wiadomo jednak, czy i na jakich zasadach świadczenie przysługiwałoby przyjezdnym.

Czy Szwajcarzy powiedzą “tak”?

Trudno powiedzieć czy obywatelska inicjatywa spotka się z poparciem większości Helwetów. Szwajcarski parlament zaapelował niedawno do obywateli, aby odrzucili projekt, jednak według sondaży niemal połowie społeczeństwa wydaje się on kuszący. Historia pokazuje jednak, że Szwajcarzy nie są zwolennikami ustawowych ograniczeń rynku pracy. Niedawno mieli okazję zagwarantować każdemu pracującemu minimalne wynagrodzenie w wysokości 22 franków za godzinę, co oznaczałoby, że miesięcznie każdy zarabiałby nie mniej niż 4 tys. franków (ok. 16 tys. zł). W referendum, które odbyło się w maju 2014 r., aż 77 proc. obywateli opowiedziało się jednak przeciwko takiemu rozwiązaniu, uznając, że byłony ono szkodliwe dla gospodarki. Wcześniej, w 2012 r. w podobny sposób przepadł też obywatelski projekt wydłużenia płatnego urlopu pracowniczego z czterech do sześciu tygodni. Z szacunków ekspertów wynikało wówczas, że wprowadzenie w życie nowych regulacji podniosłoby koszty pracy o ok. 6 mld franków w skali roku.

 

Jak sknocić dobrą zmianę

Kilka miesięcy wytężonej pracy za mną. Dwa egzaminy, nowa praca dziennikarska, świąteczna wizyta w Polsce.. Nareszcie mogę trochę odpocząć i zabrać się za nadrabianie szwajcarskich wpisów na blogu.

Na początek sprawa, która poruszyła mnie ostatnio do żywego. Wbrew tytułowi rzecz nie dotyczy polskiej, ale szwajcarskiej polityki, gdzie również (o dziwo!) zdarzają się skandale, nieczyste zagrania i manipulacje. Historia zaczyna się niewinnie – ot jedna z partii politycznych – CVP (Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna) wyszła z inicjatywą zmian w systemie podatkowym. Zmian skądinąd słusznych, bo dotyczących wspólnego rozliczania się małżonków.

W Szwajcarii od 1984 r. obowiązuje tzw. Heiratsstrafe, prawo, które nakłada na małżeństwa wyższe obciążenia podatkowe niż na pary pozostające w nieformalnych związkach. Przykładowo, jeśli w małżeństwie obie osoby pracują i każda zarabia 50 tys. CHF rocznie, to muszą oboje oddać fiskusowi co roku ok. 2 tys. CHF. Para pozostająca w konkubinacie – tylko 1,1 tys. CHF. Oczywiście, jak wszystko w Szwajcarii, także i wysokość podatków zależy od kantonu, w którym mieszkamy, generalnie jednak formalizowanie związku zwyczajnie się tu nie opłaca. Stąd też wysoki odsetek konkubinatów, nawet wśród par mających dzieci.

CVP nazywa obowiązujące zasady dyskryminacją rodziny i chce zagwarantować podatkową równość, zapisując ją w szwajcarskiej konstytucji. Referendum w tej sprawie odbędzie się w tym roku – 28 lutego. Z inicjatywą chrześcijańskiej partii trudno się nie zgodzić i większość Helwetów z pewnością podpisałaby się pod nią rękami i nogami. Jest jednak jedno ale..

Otóż pełen tekst proponowanego przez CVP zapisu w konstytucji brzmi tak: “Die Ehe ist die auf Dauer angelegte und gesetzlich geregelte Lebensgemeinschaft von Mann und Frau. Sie bildet in steuerlicher Hinsicht eine Wirtschaftsgemeinschaft. Sie darf gegenüber andern Lebensformen nicht benachteiligt werden, namentlich nicht bei den Steuern und den Sozialversicherungen”, czyli mniej więcej:”Małżeństwo jest to stabilny, długoterminowy i zagwarantowany prawnie związek mężczyzny i kobiety. Stanowi podstawę wspólnoty gospodarczej i nie może być dyskryminowany w porównaniu z innymi formami współżycia, zwłaszcza jeśli chodzi o system podatkowy i ubezpieczeń społecznych”.

I właśnie tu – w pierwszym zdaniu – jest pies pogrzebany. Okazuje się, że CVP pod przykrywką pożytecznych zmian w systemie podatkowym próbuje przemycić konstytucyjny status małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, którego obecnie w szwajcarskiej ustawie zasadniczej nie ma! Fakt, małżeństwa osób tej samej płci nie są tu możliwe (jedynie związki partnerskie), ale od dłuższego czasu mają miejsce starania aby je zalegalizować. Jeśli Szwajcarzy w lutowym referendum powiedzą “Tak” inicjatywie CVP – prawna furtka pozwalająca na małżeństwa jednopłciowe się zatrzaśnie.

Szwajcarski parlament już zaapelował do narodu, aby tak sformułowanych zapisów nie popierał. I tak to dobra i antydyskryminacyjna z pozoru zmiana okazała się próbą politycznej manipulacji i społecznego wykluczenia, a małżeństwa tak jak płaciły wyższe podatki, tak pewnie będą płacić je nadal. Takie rzeczy w szwajcarskim raju..