Säntis – jak się zdobywa “urodzonego w sobotę”

Położony na północnym-wschodzie kraju Appenzellerland składa się z dwóch kantonów Appenzell Ausserrhoden oraz Appenzell Innerhoden (wcześniej, do 1999 r. były to tzw. pół-kantony, do dziś w referendach i wyborach mają po pół głosu) i moim zdaniem ten region to nic innego, jak Szwajcaria w pigułce.

Wyobraźcie sobie wściekle zielone wzgórza, pasące się leniwie krowy, rytmicznie dyndające dzwonkami (słynne szwajcarskie “glocken”, których dźwięk niejednego doprowadził już do szewskiej pasji), drewniane domki ze spadzistymi dachami, okiennicami i spływającymi geranium werandami, smak najsłynniejszego w całym kraju sera (do mieszkających w Szwajcarii: kojarzycie trzech panów z reklamy?), dmuchających w alpejski róg grajków w czerwonych tradycyjnych strojach.. a wszystko to pięknie otoczone górami. I właśnie o górach dzisiaj będzie.

Niektórzy z Was wiedzą, że w Szwajcarii na nowo zakochałam się w górach (wcześniej, w Polsce, w czasach licealnych bardzo dużo chodziłam, potem studia, praca i wiadomo..). Uwielbiam to, że mogę wyjechać sobie rano z domu, po godzinie-dwóch być już na alpejskim szlaku i tego samego dnia wrócić. Bliskość gór to jedna z rzeczy, za które kocham ten kraj.

Tegoroczny sezon zaczęłam właśnie w Appenzellerland od łatwej wędrówki do Seealpsee. Szlak zaczyna się w Wasserauen (tam można zaparkować auto) i prowadzi najpierw krótkim podejściem przez las do Hütten, a potem już bardziej płasko przez łąki z mnóstwem wspomnianych przedtem dzwoniących krów, aż do leżącego na wysokości 1141 m npm jeziora Seealpsee. Widok jest spektakularny! Zresztą zobaczcie sami..

Po krótkim odpoczynku u górali, którzy uraczyli nas idealnie gaszącą pragnienie zimną domową herbatą z bzu, obeszliśmy jezioro dookoła i zeszliśmy z drugiej strony stromą asfaltową trasą, prowadzącą z powrotem do Wasserauen. Całość zajęłam nam ok. 2,5 godziny. Po drodze – ciekawostka – automat z napojami i przekąskami (w samym środku niczego), z którego można wyciągnąć.. ser i mięso. Takie rzeczy tylko w Szwajcarii ;)

IMG_9060

Po dniu spędzonym w Appenzell w głowach gotowy był już plan na kolejną wizytę w tym kantonie. Tym razem wchodzimy na Säntis!

Wznoszący się na wysokość 2502 m npm Säntis to najwyższy szczyt tzw. Prealp Appenzellskich, części Alp Zachodnich. Góra to o tyle piękna, co i dość trudna dla wędrowców, ze względu na surowy klimat w tej części masywu – wieje tu, jak w Kieleckiem i sporo pada. Dlatego, kiedy zdarzy się spokojny, słoneczny dzień, trzeba wykorzystać okno pogodowe i hop w górę. A, jeszcze nazwa, bo to ciekawe. Säntis, a pierwotnie Sambutinus albo Sambutinus (z języka retoromańskiego) oznacza dosłownie “urodzony w sobotę”. Być może kiedyś dawno dawno temu mieszkał gdzieś tam w górze taki osobnik i na jego cześć nazwano tę okolicę, a potem i sam szczyt.

Wiele dróg prowadzi na Säntis. My wybraliśmy tę najbardziej bezpośrednią i – a jakże – najtrudniejszą. Szlak zaczyna się w Schwägapl, czyli tam, gdzie znajduje się też stacja kolejki jeżdżącej na szczyt oraz.. fabryka sera :) O 8 rano parking jest jeszcze pusty (jest czwartek), nie licząc busów z turystami z Azji. Ostatnia wizyta w toalecie i ruszamy!

Trasa ze Schwägalp na szczyt, według drogowskazu, zajmuje 3,5 godziny i jest to właściwie 3,5 godziny nieustannego podejścia – płaskie odcinki, podczas których można nieco odsapnąć, to może w sumie jakieś kilkadziesiąt metrów. Szlak nie prowadzi przez las, ale przynajmniej na początku, zanim nie osiągniemy większej wysokości, góra daje przyjemny cień. Potem będzie już tylko skwar (na nizinach jest w tym czasie ponad 30 stopni, tutaj niby o połowę mniej, ale ostre słońce i tak robi swoje). Szlak na Säntis dzieli się na dwa etapy – pierwszy prowadzi do Tierwies, gdzie jest też schronisko i dobre miejsce na odpoczynek po drodze. Zanim tam dojdziemy, czeka nas dość mozolny zygzak po żwirze i kamieniach oraz kilka stromych, skalnych, zabezpieczonych łańcuchami odcinków. W dodatku jest mokro po niedawnych opadach deszczu, co nie ułatwia sprawy. Dobre buty z podeszwą Vibram to absolutne minimum na tej trasie!

Po mniej więcej 2 godzinach wędrówki docieramy do Tierwies. Tam przerwa na Rivellę i coś słodkiego :) Przed nami najtrudniejszy odcinek drogi na szczyt, gdzie zaczynają się gołe skały i śnieg. Słońce grzeje tu już bardzo mocno, więc pot spływa do d…, ale wysiłek rekompensują widoki ;) Na tym odcinku jest sporo łańcuchów, trzeba też mocno uważać na oznaczenia szlaku – my w pewnym momencie trochę zboczyliśmy i poszliśmy bardziej bezpośrednią drogą, po luźnych kamieniach, co kosztowało nas kilka stresujących obsunięć, a przy mokrych od śniegu butach może się to źle skończyć (jeszcze raz – Vibram!). Ten odcinek szlaku wygląda tak:

Wejście z Tierwies na szczyt zajmuje nam godzinę, a mojego partnera na szlaku (a prywatnie – męża) kosztuje.. podeszwę w bucie :/ Dobrze, że stało się to blisko końca trasy. Ostatni etap to słynne Himmelstreppe, czyli schody do nieba – ściana z drabinką, po której trzeba się wspiąć, z pomocą łańcuchów. Prezentuje się bardziej przerażająco, niż jest w rzeczywistości ;) Jeszcze tylko szybkie przejście przez tunel i.. jesteśmy na górze! Całość zajmuje nam 3 godziny, czyli o pół godziny krócej, niż chciał drogowskaz :D

Trasa Schwägalp-Säntis ma oznaczenie T3 na sześciostopniowej skali trudności szlaków w Alpach. Na pewno nie polecam jej początkującym górołazom. Choć technicznie nie należy do trudnych, to wymaga bardzo dobrej kondycji, wprawy w chodzeniu po skałach i profesjonalnych butów górskich. Dla tych, co już niższe i łatwiejsze szczyty mają za sobą – wejście na Säntis to spora satysfakcja, ponieważ szlak jest wymagający kondycyjnie, a warunki (choćby ukształtowanie terenu) i widoki sprawiają, że można poczuć się już jak w wysokich Alpach.

Sezon letni w Alpach jest bardzo krótki, zaczyna się w maju-czerwcu, a kończy właściwie już we wrześniu, więc trzeba korzystać, póki się da. Następna wędrówka już w tym tygodniu – kierunek kanton Graubünden!

Brzydsza strona Szwajcarii: o śmieciach

Za każdym razem, kiedy słyszę: Szwajcaria, ooo tam jest tak czysto!, ogarnia mnie pusty śmiech. Fakt, wszyscy tu mają fioła na punkcie segregacji śmieci – rozbierają na czynniki pierwsze nawet kubeczek po jogurcie. Kontenerów na poszczególne odpadki są tysiące, a śmieci można wyrzucać jedynie w oznaczonych przez daną gminę workach, za które oczywiście trzeba płacić, więc każdy stara się je przed wyrzuceniem wypełnić tak, aż pękają w szwach. Gorzej, kiedy na obiad jest akurat mięso albo ryba, a śmierdzących odpadków trzeba się pozbyć od razu. Wtedy konspiracyjnie wrzuca się je do najbliższego śmietnika na przystanku autobusowym i po sprawie.

Najgorsze jednak zaczyna się latem. Wtedy wszyscy wylegają do parków, na zieloną trawkę, nad rzekę. Grillowanie to narodowy sport Szwajcarów. Rozpalają ogniska, pieką bratwursty i cervele, jedzą, piją.. a potem idą do domu i zostawiają wszystko, co zostało tam, gdzie siedzieli. Tak, takie rzeczy w Szwajcarii. Nieważne, że śmietnik jest w pobliżu, a dla wyjątkowo leniwych pracownicy gminy poprzywiązywali worki na śmieci do drzew. Nie działa.. Mieszkam nad rzeką i po każdym weekendzie widzę tam jeden wielki śmietnik – resztki jedzenia, opakowania po najróżniejszych rzeczach, jednorazowe grille, butelki po winie i wódce, puszki po piwie, papier toaletowy, pieluchy (!).. i pety, pety, pety, ale o ich wszechobecności pisałam tutaj już nie raz. Żeby nie było, że przesadzam – to tylko kilka zdjęć z mojego poniedziałkowego spaceru z psem..

 

Szwajcarzy twierdzą, że śmiecą przyjezdni. I fakt, akurat nad moją rzeką balują głównie imigranci, oni też – być może kultywując zwyczaje z miejsc pochodzenia – wyrzucają codziennie na trawnik jedzenie, które potem pochłania na spacerach mój pies (damn!). Ale, ale.. nie raz widziałam już szwajcarskich chłopców wtykających puszkę po piwie w żywopłot albo wyrzucających papierek po lodzie tak po prostu na chodnik. Nie ma więc co całej winy zrzucać na “obcych”. Swoją drogą ten szwajcarski syf to była dla mnie jedna z największych niespodzianek po przyjeździe tutaj. Czy opowieści o czystej Szwajcarii można włożyć między bajki?

 

Szwajcaria – tu się oddycha! Pamiętacie tę scenę z Vabank II? Rzeczywiście, mierniki jakości powietrza pokazują, że jest tu lepiej, niż w innych krajach w Europie, choć to nie znaczy, że jest dobrze. Europejska Agencja Środowiska EEA szacuje, że każdego roku 5 tys. osób mieszkających w Szwajcarii umiera z powodu chorób wywołanych właśnie zanieczyszczonym powietrzem i to plasuje kraj mniej więcej w połowie europejskiej tabeli. – Co Wy wiecie o smogu? – uśmiechną się pewnie teraz mieszkańcy Krakowa czy Warszawy. Fakt, ogólnie nie ma co narzekać, ale są miasta, jak np. Genewa, gdzie zanieczyszczenie powietrza przekracza sezonowo wyznaczone przez WHO normy bezpieczeństwa, a zimą tego roku we włoskim kantonie Ticino z powodu wysokiego stężenia toksycznego smogu w powietrzu zakazano ruchu niektórym pojazdom z silnikiem diesla. Czyste alpejskie powietrze to, jak się okazuje, również mit.

Reputacji kraju broni chyba tylko woda, która jest wymieniana jako jedna z najczystszych na świecie. Tutaj pewnie też dałoby się do czegoś przyczepić.. ;) ale.. wodę można spokojnie pić z kranu, oszczędzając na butelkowanej, kąpiele w rzekach i jeziorach również jak najbardziej, bez ryzyka gronkowców i innych świństw. Swoją drogą Szwajcaria zrobiła ogromną robotę, zważywszy na to, że jeszcze w latach 80. XX wieku pływanie z Renie było zabronione ze względów higienicznych.

Na koniec – dobre przykłady. W tegorocznym referendum Szwajcarzy opowiedzieli się za wdrożeniem Energetycznej Strategii 2050, której kluczowe założenia mówią o ograniczeniu produkcji energii atomowej na rzecz rozwoju odnawialnych źródeł energii (ma na to iść 480 mln franków rocznie). Oprócz tego, celem jest też ograniczenie zużycia energii przez gospodarstwa domowe o 43 procent do 2035 roku (w odniesieniu do roku 2000).

Robicie zakupy w Coopie? Największa sieć szwajcarskich marketów ogłosiła niedawno, że do 2023 roku chce ograniczyć do zera emisję CO2, m.in. poprzez budowę energooszczędnych sklepów, wymianę systemów chłodniczych i użycie technologii LED do oświetlania budynków. Trzymam kciuki! :D

CO2-neutral-vision-logo-600x337-2-2

 

 

 

Szwajcario! Kiedyś Cię oswoję!

 

 

 

Tekst powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyźnie. Piszące kobiety-emigrantki z różnych miejsc na świecie opowiadają o tym, jak zmieniło się ich postrzeganie kraju, w którym mieszkają. Ja podeszłam do tematu nieco inaczej i postanowiłam opisać, jak emigracja zmieniła mnie.

W październiku miną trzy lata odkąd przeprowadziłam się do Szwajcarii. Niby niedługo, ale dla mnie ten czas był chyba najbardziej intensywnym i pouczającym czasem w życiu.

Nie jestem ekspatką, jestem emigrantką. Nie dostałam zagranicznego kontraktu od firmy, nie siedzę w korporacji, nie dostaję co miesiąc czterozerowych przelewów we frankach. Dziwne, co? Przecież Szwajcaria to kraj bankierów, więc jak to emigrować tu nie do pracy? Moja emigracja nie była przymusowa, nie przyjechałam “za chlebem”, ale dobrowolnie, choć nie do końca racjonalnie, bo kierując się sercem. Nie była to też moja pierwsza przeprowadzka za granicę i być może dlatego myślałam, że skoro poprzednio nie było trudno, to tym razem pewnie też “jakoś to będzie”. No cóż..

Wyjazd do Szwajcarii przydarzył mi się w kluczowym momencie życia. Od kilku lat mieszkałam w Warszawie, spełniałam się zawodowo, można nawet powiedzieć, że robiłam karierę, jeśli zarobki równe dwóch-trzech średnich krajowych uznamy za jej wyznacznik. Tym bardziej rezygnacja z wygodnego, łatwego i dobrze rokującego życia nie przyszła mi łatwo. Choć teraz wiem, że przyszła w odpowiednim momencie.

Ponieważ jestem tu już na tyle długo, aby móc zaobserwować kilka etapów mierzenia się z krajem i emigracyjną rzeczywistością, postanowiłam podzielić mój tekst, a tym samym moje doświadczenia, na kilka rozdziałów. Pierwszy to..

Szwajcario – nienawidzę Cię!

Szwajcaria jest trudnym miejscem do emigracji. Tu nie przyjeżdża się z nastawieniem: jakoś to będzie. O tym przekonałam się dość szybko i stało się to przyczyną mojej początkowej frustracji. Ja, z magisterką i podyplomówką, po studiach na trzech uniwersytetach w Polsce i za granicą, z wyuczonym angielskim, kilkuletnim doświadczeniem zawodowym, mającą przed sobą świetlaną przyszłość w branży.. nagle.. nie mogę znaleźć pracy! Szok, wstyd, płacz. Moje życie wyhamowało i pojawiła się nieznana mi dotąd wizja siedzenia w domu i gotowania obiadków dla męża. Nigdy nie zapomnę wizyty w biurze doradztwa zawodowego, gdzie opowiadałam schludnej siwej pani z zegarkiem szwajcarskiej kolei SBB na nadgarstku o swoim życiu, a jej oczy robiły się coraz większe i większe.. “To co Pani chce tu u nas właściwie robić?” – zapytała. No właśnie, co? Musiałam znaleźć pomysł na siebie, a Szwajcarzy mi tego nie ułatwiali. Niby uśmiechnięci, ale mistrzowie świata we wbijaniu szpil. Nie byłabym sobą, gdybym po prostu się z tym pogodziła. Postanowiłam wycisnąć z nowej sytuacji, ile się da. Mniej więcej po roku życia na emigracji, pełnym rozczarowań, wielu momentów załamania i depresyjnych nastrojów, weszłam w kolejną fazę..

Szwajcario – jesteś piękna!

To przyszło nagle, jak oświecenie.. Zrozumiałam, że skoro moje życie nie będzie już wyglądać tak, jak przedtem, to po co za wszelką cenę próbować w nowej rzeczywistości wpisywać się w stary schemat. Zaczynam wszystko od nowa – to szansa, którą wielu chciałoby mieć, a ja ją właśnie dostałam i mogę teraz pokierować sobą, tak, jak tylko chcę. Najpierw zaczęłam biegać. To pomagało mi pozbierać myśli i dało zajęcie, którego tak bardzo potrzebowałam. W ten sposób powoli, stopniowo – ja, pracoholiczka! – zaczęłam odkrywać, że życie to nie tylko praca. Doceniłam wartość pasji. Zajęłam się winem, które zawsze mnie interesowało, ale w Warszawie miałam jedynie czas, aby je pić, a nie zajmować się nim na poważnie. Zaczęłam pracować w winnicy (tak, Pani Dziennikarka w polu!), zrobiłam kurs w Toskanii i tak powoli, powoli oswajałam się z myślą, że może to będzie kiedyś mój nowy zawód. Tym razem jednak podeszłam do sprawy bez niezdrowej ambicji – uda się, to fajnie, nie uda – trudno. Było kilka dorywczych prac, nowe kontakty, ciekawi ludzie po drodze. Inwestowanie w siebie i w swoje pasje stało się moim sposobem na radzenie sobie z emigracyjną rzeczywistością. Wrzuciłam kolejny bieg.

Szwajcario – chcę Cię oswoić!

Nie mam pracy, co dla mnie oznacza tylko tyle, że nie siedzę osiem godzin dziennie za biurkiem, czekając z utęsknieniem na piąteczek. Mam zajęcia. Piszę bloga, bardzo dużo podróżuję, jeżdżę na rowerze, chodzę po górach, zajmuję się psem, uczę się języków.. Życie znów przyspieszyło, tym razem jednak to ja nadaję mu tempo. Emigracja pozwoliła mi zrozumieć, że praca to nie tylko zarabianie pieniędzy, że moja rola w rodzinie, społeczeństwie, świecie nie ogranicza się do “dokładania” do budżetu czy robienia zakupów i powiększania produktu krajowego brutto. Wiele z Was pomyśli pewnie – no tak, szczęściara, nie pracuje, bo nie musi. Wiem, że to ogromny przywilej (nie brak pracy, ale możliwość poszukiwania tej wymarzonej), za który codziennie jestem wdzięczna. Tylko tyle i aż tyle.

Co poza wizją pracy zmieniła we mnie Szwajcaria? Podejście do obcych ludzi. Mówienie Grüezi (szwajcarskie dzień dobry) mijając sąsiadów, pytanie o wolne miejsce w pociągu, dziękuję, proszę, z uśmiechem, choćby wyuczonym, ale jak bardzo ułatwiającym codzienne życie. Szwajcaria (głównie w osobie mojego męża i jego przyjaciół) nauczyła mnie też podchodzenia do życia minimalistycznie, koncentrowania się na doświadczeniach, zamiast na przedmiotach. Butelka wina, wycieczka za miasto, dobra kolacja, wyjście do kina – to wystarczy, żeby poczuć się wyjątkowo. I jeszcze jedno – tym razem z kobiecego punktu widzenia – Szwajcarki nauczyły mnie, że niepofarbowane włosy i brak makijażu to nic złego. Ba, nawet można z tym żyć i dobrze wyglądać ;)

Teraz to, co najważniejsze – pogodziłam się z krajem, który, z pomocą losu i przypadku, wybrałam do życia. Szwajcaria, choć ma swoje wady, jest piękna, bezpieczna, dostatnia i daje ogrom możliwości – czuje się szczęściarą, że mogę tu mieszkać! Polska wciąż jest moją ojczyzną, ba – za każdym razem, kiedy tam jestem, odkrywam ją na nowo. Wiem też, że tak jak mówi nazwa mojego bloga – I’m not Swiss – nie jestem i nigdy nie będę Szwajcarką. Gdzie jest w takim razie mój dom? Tu i tu. I tak już pewnie będzie zawsze, więc zaakceptowałam to i zaczęłam myśleć: to jest przygoda mojego życia!

Na koniec powiem Wam w tajemnicy – od niedawna nabrałam odwagi, aby zacząć kreować także mój świat zawodowy. Zniechęcona poszukiwaniem “idealnej” pracy, staram się wystartować z własnym biznesem, bo niby dlaczego nie spróbować? Zamierzam też nadal podróżować – lokalnie i globalnie – bycie w drodze stało się sensem mojego życia. Jestem w fazie EMIGRANTKA-JESZCZE-NIE-DO-KOŃCA-SZCZĘŚLIWA-ALE-ZADOWOLONA. Szwajcario – kiedyś Cię oswoję!

Agnieszka Kamińska

I’m not Swiss

 

 

Szwajcarskie prawo pracy pod lupą

Co zrobić, kiedy pracodawca zalega nam z wypłatą wynagrodzenia? Jak się sądzić w Szwajcarii? Czy łatwo jest udowodnić mobbing w miejscu pracy? Co sprawdzić, zanim podpiszemy umowę? Jak uniknąć nieuczciwych pośredników? O szwajcarskim prawie pracy rozmawiam z Kathariną Lasotą Heller, prawniczką z kancelarii HütteLAW.

fullsizeoutput_5ac

Z jakich różnic w prawie pracy musi zdawać sobie sprawę Polak, wybierając się do pracy w Szwajcarii?

Pierwsza podstawowa rzecz to ochrona pracownika, która w Szwajcarii nie jest tak daleko posunięta, jak w Polsce. Najważniejsza różnica dotyczy wypowiedzenia umowy o pracę. Trzeba pamiętać, ze rozwiązanie umowy o pracę, z zachowaniem okresu wypowiedzenia, jest możliwe zawsze. Wyjątkiem jest ciąża, choroba, ale tylko przez określony czas, oraz służba wojskowa. Pracownik nie ma prawa, tak jak w Polsce, do odwołania się od decyzji pracodawcy do sądu, bądź żądania przewrócenia do pracy. Jeśli ktoś otrzymał wypowiedzenie, to jest ono obowiązujące. Pracodawca nie ma obowiązku podania przyczyny zwolnienia. Oczywiście pracownik, który czuje się pokrzywdzony, może próbować skierować sprawę do sądu, ale trzeba wiedzieć, że sądy w Szwajcarii są bardzo konserwatywne i rzadko się zdarza, aby przychyliły się do stanowiska pracownika. Z drugiej strony trudniej jest zwolnić kogoś dyscyplinarnie. Tego typu wypowiedzenia stosuje się w Szwajcarii niezwykle rzadko. Kolejna ważna sprawa to rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron. Wielu pracowników godzi się na taka formę zakończenia stosunku pracy, nie zdając sobie sprawy, ze ich świadczenia z ubezpieczenia od utraty pracy (popularnie zwane „RAV”) zostaną wtedy zmniejszone. Dlatego, jeśli nie mamy jeszcze nowej pracy, lepiej jest zostać zwolnionym.

O czym jeszcze trzeba wiedzieć? 

O zakazie konkurencji, który w Polsce musi być zawarty w oddzielnej umowie i polega na tym, że pracodawca musi zapłacić odszkodowania ze czas jego obowiązywania. W Szwajcarii taki zakaz można ustanowić w samej umowie o pracę, a przepisy prawne nie wymagają wypłaty odszkodowania za jego dotrzymanie. Dlatego, jeśli samy w umowie nie zadbamy o to, żeby albo w niej zakazu nie było, albo jeśli będzie, to żeby pracodawca miał obowiązek wypłaty odszkodowania, możemy znaleźć się w sytuacji, w której nie będziemy mogli pracować w swoim zawodzie dla innego pracodawcy nawet do 12 miesięcy. Pamiętam przypadek przedszkolanek z Polski, które chciały zrezygnować z pracy i przez wiele miesięcy nie mogły ani założyć własnego biznesu, ani pracować dla kogoś innego.

Kolejna ważna sprawa jest taka, że pracodawca w Szwajcarii nie ma obowiązku płacenia za nas ubezpieczenia chorobowego, czyli od utraty zarobku na wypadek choroby. Część osób dowiaduje się o tym dopiero wtedy, kiedy zachoruje i orientuje się, że nikt nie zapłaci im za czas, w którym nie mogą pracować. Zawsze sprawdzajmy, czy nasz pracodawca zabezpiecza nas przed takimi sytuacjami i przez jaki czas. Przy krótkim stażu pracy do roku, może to być w zależności od kantonu tylko kilka tygodni. tygodnie. Możemy też ubezpieczyć się sami, ale to zazwyczaj sporo kosztuje.

Sami musimy również zadbać o ubezpieczenie zdrowotne (kasa chorych), tzn. wybrać ofertę jednej z wielu prywatnych firm, które działają na szwajcarskim rynku. Obowiązek płacenia na kasę chorych pojawia się w momencie, kiedy zaczynamy pracę lub działalność gospodarczą lub po 3 miesiącach pobytu w Szwajcarii.

Mówi się, że w Szwajcarii jest inna kultura pracy niż w Polsce. Co to oznacza z prawnego punktu widzenia? 

U podstaw relacji pomiędzy pracodawcą a pracownikiem w Szwajcarii leży założenie o dobrej woli obu stron. Dlatego m.in. bardzo trudno jest tutaj udowodnić mobbing czy dyskryminację ze względu na narodowość w miejscu pracy. Sądy z reguły nie są przychylne tego typu skargom. Zwłaszcza, jeśli pracodawca i pracownik nie mówią tym samym językiem kładą tego typu konflikty raczej na karb nieporozumień językowych niż szykan z powodu pochodzenia. Zasadniczo, najwyższe odszkodowanie, o jakie można się ubiegać w takich sprawach to wysokość 6-mies. wynagrodzenia. Poza tym rzeczywistość jest też niestety taka, że po podnoszeniu zarzutów mobbingu czy dyskryminacji trudno jest później znaleźć pracę. Stad większość pracowników po prostu się zwalnia, zamiast trwać w konflikcie w danym miejscu pracy.

A co robić w sytuacji, kiedy pracodawca np. zalega nam z wypłatą wynagrodzenia? 

Przede wszystkim dbać o to, żeby wszystkie konieczne działania były na piśmie. Zwłaszcza, kiedy chcemy dochodzić naszych praw w pracy. Pierwszy krok to skierowanie do pracodawcy pisma z żądaniem wypłaty należnych świadczeń. Jeśli pracodawca nie chce potwierdzić wpływu pisma, to należy je wysłać takie pismo listem poleconym, aby w razie czego mieć dowód w ewentualnym późniejszym postępowaniu sądowym. Jeśli to nie wystarczy, kolejnym krokiem powinno być zwrócenie się do Friedensrichter, czyli mediatora prawnego, właściwego wg siedziby pracodawcy. Przed mediatorem można się ugodzić, a jeśli do tego nie dojdzie, wydaje on nam pozwolenie na skierowanie sprawy do sądu. Mediator ma również prawo wydania wyroku w sprawach do 2 tys. franków, a w sprawach do 5 tys. franków może zaproponować treść wyroku. To jest dobra droga dla osób, które znają język i są obyte w tutejszym prawie.

Warto też wspomnieć o tym, że w Szwajcarii nie ma obowiązku reprezentacji prawnej, czyli korzystania z usług adwokata. Jeśli potrafimy umiejętnie wystąpić w swojej sprawie, możemy bronić się sami. Proces w sprawach z prawa pracy do wartości 30 tys. franków jest bezpłatny, ale koszty adwokackie w tym kraju są bardzo wysokie. Dlatego dobrze jest mieć Rechtsschutzversicherung, czyli ubezpieczenie od kosztów związanych z ochroną interesów prawnych, które obejmuje również konflikty pracownicze.

Co powinniśmy sprawdzić, zanim podpiszemy umowę o pracę? 

Przede wszystkim umowę trzeba przetłumaczyć i uważnie przeczytać. Jeśli nie znamy dobrze języka i nie mamy kogo się poradzić, wydajmy te kilkaset franków jednorazowo na adwokata, który prześwietli naszą umowę i sprawdzi, co w niej jest. Ewidentnym sygnałem ostrzegawczym powinna być dla nas wysoka liczba godzin pracy, np. 50-60 godzin tygodniowo oraz stwierdzenie, że wynagrodzenie obejmuje nadgodziny. W przypadku, kiedy pracodawca razem z pracą oferuje nam zakwaterowanie i wyżywienie, może nam potrącić z wynagrodzenia nie więcej niż 990 franków, jednak podatkom i innym świadczeniom podlega cała kwota, która jest w umowie.

W Szwajcarii nie ma ustawowej stawki minimalnej wynagrodzenia, ale w wielu branżach istnieją układy zbiorowe, które takie stawki określają. Ogólnie przyjmuje się, że minimalna miesięczna pensja brutto nie powinna być niższa niż 3,3 tys. franków. Zarabiając mniej możemy mieć też problemy z otrzymaniem pozwolenia na pobyt w Szwajcarii. Na koniec, zanim zaczniemy szukać pracy przez pośrednika, sprawdźmy, czy jest to firma zarejestrowana w Szwajcarii. Można tego dokonać pod następującym linkiem http://www.avg-seco.admin.ch/WebVerzeichnis/ServletWebVerzeichnis. Zarówno w Polsce, jak i tu na miejscu działa wielu nieuczciwych osób, nazywających się pośrednikami. Są to obywatele różnych krajów, którzy będą próbowali “ściągnąć” nas do pracy. Takie sytuacje często źle się kończą.

Rozmawiała: Agnieszka Kamińska

Dolina Krzemowa w otoczeniu Alp

IMG_6526

Piękne, bogate i przyjazne obcokrajowcom. No i ma jezioro.. Niewielkie Zug to zagłębie finansowo-handlowe Szwajcarii. To tu miałam zamieszkać po przeprowadzce.. Ale życie (a dokładniej praca męża) zdecydowało inaczej ;) Teraz wracam, żeby przedstawić Wam miasteczko, nad którym wznosi się Rigi – królowa gór.

Liczące niespełna 30 tys. mieszkańców, leżące w północno-wchodniej części kraju miasteczko to stolica kantonu o tej samej nazwie, jednego z najmniejszych w Szwajcarii. Jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku był to jeden z najsłabszych gospodarczo regionów kraju, borykający się z zadłużeniem i bezrobociem. Dziś to najbogatszy kanton w Szwajcarii, gdzie odsetek bezrobotnych wynosi niewiele ponad 2 proc., a mieszkańcy mogą cieszyć się szerokim dostępem do najwyższej jakości usług.

Swój spektakularny sukces Zug zawdzięcza przyjaznemu biznesowi systemowi podatkowemu. Stawki podatku lokalnego, płaconego na rzecz kantonu, są tu bliskie zeru, a ogólnopaństwowe daniny od przychodów przedsiębiorstw są najniższe w całej Szwajcarii i wynoszą 15 proc. Dla porównania średnio w pozostałej części kraju jest to ponad 20 proc. Co więcej, zagraniczne holdingi, które w kantonie Zug mają swoje przedstawicielstwa, są dodatkowo uprzywilejowane i płacą podatek w wysokości niespełna 9 proc. To dlatego ten region Szwajcarii przyciągnął globalnych gigantów, tj. Siemens, Johnson & Johnson czy Glencore. Szczególnie preżnie działają tu firmy wydobywcze (m.in. Xstarta – jeden z największych na świecie producentów miedzi), farmaceutyczne (np. Roche) i banki. Ale Zug przyciąga również małe biznesy, m.in. technologiczne start-upy. Można powiedzieć, że to szwajcarska Silicon Valley. Ale ponieważ to miejsce upodobały sobie zwłaszcza firmy obracające bitcoinami, utarła się nazwa.. Crypto Valley.

Obecność międzynarodowych korporacji sprawia, że Zug jest miejscem, do którego napływają pracownicy z całego świata, co powoduje, że miasto jest naprawdę wielokulturowe. Obcokrajowcy stanowią jedną czwartą mieszkańców, a władze Zug chwalą się, że na terenie kantonu spotkać można przedstawicieli aż 128 nacji. Często są to profesjonaliści oddelegowani przez firmy do pracy w Szwajcarii, ale międzynarodowa atmosfera Zug sprawia, że chętnie próbują tu szczęścia osoby bez doświadczenia.

Codzienne życie w Zug jest lżejsze niż w innych miejscach w Szwajcarii, ponieważ również stawki podatku dochodowego są tu  mniej więcej o połowę niższe niż w innych kantonach. Mieszkańcy chwalą też sobie dostęp do wysokiej jakości edukacji i opieki zdrowotnej. Międzynarodowe przedszkola i szkoły, cenione na świecie ośrodki medyczne – wszystko to znajdziemy w Zug. Dużym plusem jest też lokalizacja – Zug leży pomiędzy dwoma dużymi szwajcarskimi miastami: Zurychem i Lucerną. Minusem jest niestety to, że ogromny napływ obcokrajowców powoduje wzrost cen, zwłaszcza jeśli chodzi o wynajem mieszkania. Na zakup nieruchomości już mało kto może tam sobie pozwolić.

Last but not least.. Zug jest iddylicznie położonym, otoczonym górami miasteczkiem, z  uroczymi starymi kamienicami. Zachody słońca nad jeziorem nie mają sobie równych! Eleganckie sklepy , kawiarnie i restauracje to znak firmowy tego miejsca, które jest również idealne na wycieczki rowerowe, jogging czy spacery. Jednocześnie, w sezonie turystycznym jest tu o wiele spokojniej niż w popularnych wśród odwiedzających Szwajcarię Lucernie czy Zurychu. Odwiedzający muszą spróbować słynnego Kirchtorte (ja nie przepadam, ale to kwestia gustu) i przepłynąć się łódką po Zugsee.

Nie wiem, czy w Zug byłabym szczęśliwsza, niż w Winti. Może zamieniłabym się już w korposzczura z pełnym franków kontem ;) Jedyne, czego zazdroszczę mieszkańcom, to jezioro. Ja do swojego mam 20 min. pociągiem i 26 franków za bilet :/ Pozostaje czekać, aż władze Winterthur spełnią swoje obietnice i wykopią nam w końcu jakieś bajoro :D